wtorek, 15 kwietnia 2014

Dzień 1


Dobry wieczór! Tęskniłeś? Wiedziałem, że to powiesz! Ale nie martw się, już jestem i będę Ci towarzyszył tylko przez te sześć następnych dni! Potem spotkasz moją panią, pogadacie sobie i powędrujesz na drugi świat! Spokojnie! To nic nie boli!
Na czym to ja skończyłem? Ah no tak!
Zanim jednak będę kontynuował historię swojego życia ( czy raczej powinienem powiedzieć swojej śmierci, albo bycia nie-umarłym, ale nie-zombie), pozwól, że Cię zapytam. Czym jest dla Ciebie śmierć? Końcem życia, odpowiadasz. Hm, nie jest to zła odpowiedź, ale nie jest ona też do końca dobra. Bo, z naukowego punktu widzenia, czy istnieje coś takiego jak ciemność? Ano właśnie! Nie istnieje! Mamy dużo rodzajów światła, ale nie ma czegoś takiego jak ciemność. To pojęcie nie istnieje w świecie naukowym. Bo ciemność to brak światła, czyż nie? Tak samo śmierć jest brakiem życia. Proste i logiczne, czyż nie?
Pytasz po co to pytanie. Ano właśnie. Widzisz, zaraz po tym jak się obudziłem, odbyłem ze Śmiercią pewną dość istotną rozmowę. Ona mi zadała to samo pytanie a ja odpowiedziałem tak samo jak Ty. Oczywiście sama mi potem to wytłumaczyła jak należy, jednak ja nie będę Ci tu gadał, bo przed chwilą mniej więcej Ci przedstawiłem sytuacje.
W każdy razie, Śmierć przedstawiła mi swoje obowiązki. W życiu byś nie uwierzył, za ile rzeczy jest ona odpowiedzialna! Pewnie powiesz, że za przeprowadzanie duszy w zaświaty. Owszem, za to też jest odpowiedzialna. To akurat jest oczywiste, nie? Ale jest odpowiedzialna jeszcze za cały proces przed tym! Słuchaj uważnie, bo to ciekawa sprawa a nikt ani w Piekle, ani w Niebie nie powie Ci na ten temat ani słowa!
Jaki to proces, zapytasz. Ano taki, że Śmierć musi każdego przygotować na jej nadejście. Tak wiem, że dziwnie to brzmi, ale od tego tutaj jestem! Tak, jako jej powiernik mam za zadanie przygotować Cię do przejścia w zaświaty. Zainteresowany?
Wiem, że jestem typem co nie zamyka nigdy gęby, ale cóż, taki jestem! Poza tym niejednokrotnie mi mówiono, że odnoszę skutek odwrotny do oczekiwanego. Śmierć niekiedy  mi dawała po głowie za straszenie pacjentów, mówiąc, że miałem ich tylko przygotować do spotkania z nią. No ale cóż zrobić, taki jestem! Poza tym, muszę Ci powiedzieć, drogi pacjencie, że jesteś nadzwyczaj dobrym słuchaczem! Może moja historia, lub sposób jej opowiadania, wydaje się być śmieszna? Cóż, możliwe! Muszę Ci zdradzić, że sam uważam tę historię za co najmniej dziwną, pokręconą.
Spytasz teraz, czemu Śmierć wybrała takiego chłoptasia jak ja? Czemu mnie ocaliła? Ha! To jest dobre pytanie! Sam do końca nie znam na nie odpowiedzi, ale za każdym razem jak ją o to pytam, odpowiada, że się znudziła. Co miała przez to na myśli? Hm, ja osobiście interpretuje to następująco ( czy mam racje, czy nie, o to będziesz musiał zapytań samą Śmierć).
Otóż jak wszyscy wyobrażają sobie postać Śmierci? Chłodna, koścista, zła… Coś jeszcze? Bezwzględna, mówisz. Tak, mniej więcej tak sobie ją każdy na ziemi wyobraża. No to powiedz mi szczerze, ile można trwać w byciu takim? Każdy się czymś nudzi, kiedy robisz coś przez długi czas, nagle czujesz, że to co było kiedyś Twoją pasją, odchodzi w dal, staje się czymś naturalnym, z czasem wręcz nudnym. No to pomyśl sobie, co czuła Śmierć przez te wszystkie stulecia? Najpierw zapewne chodziła po świecie, za zabłąkanymi duszami i z złowieszczym uśmiechem siekała ich swoją ogromną, czarną kosą. Była wtedy na pewno uosobieniem złego Kosiarza, którego wszyscy się tak obawiali i tworzyli na jego temat legendy! Z czasem, Śmierć uznała to za nudne zajęcie, więc wymyśliła sobie, że zanim kogoś wyśle na drugi świat, pogawędzi sobie z nim, może nieco go przestraszy, potorturuje, żeby nie było tak krótko i nieciekawie. Cóż, to też było męczące, szczególnie że każdy delikwent błagał o życie, a tego mu nie mogła dać. Nie to, żeby nawet chciała!
Tak sobie Śmierć przewędrowała przez stulecia, aż ją coś szalonego trafiło! Tak, to szalone coś to nie kto inny jak  ja. Żeby jednak to nieco lepiej ująć, pozwól że wytłumaczę co mam przez to na myśli.
Śmierć zaczęła myśleć, że wędrowanie samemu jest do chrzanu; że przydałoby jej się wsparcie, jakiś towarzysz w niedoli. No bo jako Śmierć musi przeprowadzić każdego na drugą stronę, ale musi też przygotować każdego na to, co JEST po drugiej stronie. Tak się zamyśliła i przegapiła fakt, że mnie ktoś zadźgał, innymi słowy cudem było że się na mnie natknęła. W sumie powinienem przyznać, że się prawie POTKNĘŁA o moje zakrwawione ciało. No cóż, bywa! Rodzina się mną nie interesowała, to i czemu Śmierć miała się nade mną zlitować? Ha, i tu się myliłem!
Tak czy siak, Śmierć miewa teraz w zwyczaju mówić, że spadłem jej prosto z Nieba, że Niebiosa jakoś wysłuchały jej narzekania przez stulenia, że jest sama i jak kogoś spotyka to na krótką chwilę ( no bo w perspektywie wieczności, kilka minut czy nawet godzina rozmowy z „ludziem” to przecież ułamek sekundy!). No i bam! Oto jestem, zgodziłem się współpracować ze Śmiercią. Czy tego żałuję? Chyba żartujesz! Powiedzmy, że wreszcie mam kogoś, komu na mnie zależy w jakimś stopniu. Kogoś, dla kogo nie jestem niewidzialny! Cudna sprawa, mówię Ci!
Nie kręć się, bo kroplówkę odłączysz! Czekaj, poprawię Ci poduszki. O, lepiej? No to dobrze. Co mówisz? Ah, pytasz jeszcze o ten proces przed śmiercią? Nie ma sprawy, już Ci opowiadam!
Weźmy za przykład wojnę. Wiele ludzi umarło, ustawiali się w kolejce do bramy. I jak to tak naprawdę przebiega? Moja pani opowiadała mi niegdyś, że gdy wojny pogrążały niemal cały świat, ona nie miała nawet chwili wytchnienia, przez co nie mogła w odpowiedni sposób przygotować delikwenta na drogę w górę lub w dół. Generalnie pod koniec wojen, gdy ofiar było znacznie mniej, Śmierć miała trochę więcej czasu by poświęcić się wysłuchiwaniu tego co ktoś miał do powiedzenia. Innymi słowy siadała obok poszkodowanego, którego nić życia już się mocno przetarła i tylko siła woli człowieka go przytrzymywała i słuchała tego, co mówili. Zazwyczaj było to opowiadanie o ich życiu, czasem o tym czego żałują, albo że uważali tę bitwę konkretną za istną bzdurę i zostali zmuszeni do brania udziału w wojnie wbrew sobie.
Śmierć oczywiście nie mogła wiele na to poradzić, żeby być ścisłym to NIC nie mogła z tym zrobić.
Co mówisz? Ah! Jak Śmierć przeprawia duszę na drugą stronę? I czy to widziałem?
Widziałem. Raz, ale zapamiętam to na resztę swojego wiecznego życia. Chciałbym to jeszcze raz zobaczyć, bo to piękne, ale z drugiej strony się nieco tego obawiam. Tak, wiem! Nie musisz mi mówić, że to dziwne!
Cóż, widziałeś kiedyś kosę, prawda? Śmierć ma taką, jak ten wyimaginowany Kosiarz, cała czarna, na długim drągu. I o co chodzi z tą czernią – widzisz problem z tym, że wszyscy uważają że kosa to broń. Ja bym to raczej nazwał narzędziem. Ponieważ jest to… Hm, jakby to dobrze ująć. O, już wiem! Jak wędka! Tą kosą Śmierć wyławia duszę człowieka, jakby uwalnia ją z ciała. Jakbyś był świadkiem takiej sceny, pewnie na początku byś pomyślał, że Śmierć biorąc zamach swoim atrybutem, chce delikwentowi uciachać głowę! Ale nie, ona po prostu dotyka czubkiem kosy ciała, po czym szepcze coś ( nie pytaj, nie mam pojęcia co…) i  gdy odciąga narzędzie od człowieka, do jej końca przyczepiona jest niebieskawa poświata. Podobno toż dusza człowieka. Mówię Ci, wygląda to magicznie! Ten moment, gdy z człowieka uchodzi życie… Toż to takie piękne! Wiem, wiem, brzmi to tak jakbym lubił patrzeć na śmierć ludzi, ale szczerze widziałem raz i mi wystarczy… Współczuję Śmierci, że musi to tak często oglądać…To takie wzruszające, pełne emocji… Zgroza, smutek, czasem złość i nienawiść. A jednocześnie radość, poczucie ulgi…

Ale powiem Ci coś fajniejszego! Słuchaj uważnie bo… Ej, słuchasz? Halo? Nie śpij! Jeszcze nie skończyłem! Haaaalo! Eh, no dobrze, na dzisiaj koniec, dokończę jutro… Dobranoc!

od autorki:
Cóż, krótkie bo krótkie, ale mi sie podoba ;p generalnie czuje ze wyjdzie mi krócej niż podejrzewałam początkowo, ale to się jeszcze zobaczy. 
Wiecie co, to jest masakra. Wyjeżdżam za 20 godzin, a pogoda w Belfaście cudna. Słoneczko świeci, 20 stopni ciepła... No proszę was! :c Ja sie tak nie bawie, pewnie jak wróce będzie lało ;(